Za kilka tygodni wejdę w czwarty stan świadomości czyli
stanę się oficjalnym nosicielem wirusa o nazwie
trójka z przodu (łac.). Niebywałe
jak ta granica wpływa na moje postrzeganie rzeczywistości.
Jest także niejakim preegzaminem wewnętrznym mojej osoby względem mnie. Czy pamiętasz swoje najbardziej odległe
wspomnienie? Wizję, którą masz na samym dnie szuflady z reminiscencjami w głowie?
Przez wiele lat miałem przed oczami obraz, gdy siedzę u dziadka na kolanach przy stole we
własnym domu, jednak jakiś czas temu skonfrontowałem tę wizję z moją Mamą,
która zaprzeczyła aby było to możliwe, gdyż dziadek nie miał już okazji być w
naszym mieszkaniu, ze względu na powołanie, tuż przed naszym wprowadzeniem się
tam, do niebiańskiej służby. Po tym
trudno mi wskazać jakieś wydarzenie, które nie ma już godnego rywala, jeśli chodzi o
jak najbardziej odległą datę świadomej bytności. Pamiętam jednak wiele bardzo
zamierzchłych myśli, w których byłem ja oraz muzyka.

Mama wspomina jak bardzo
lubiłem śpiewać i recytować wierszyki, gdy miałem kilka latek. I przyznam, że
także mój umysł nie przykrył tych chwil gruzami przebytych dni. Melorecytacje i pokazy wokalne na klatce
schodowej w czasie codziennych wyjść do przedszkola o godz. 6 rano, to chyba
podstawa mojej świadomości. Zresztą muzyka oddziałuje na nas tak silnie z
powodu aktywności obu półkul mózgowych podczas obcowania z nią. Jedna z nich
odpowiada za odbiór muzyki, druga zajmuję się warstwą liryczną czy też tym, co
się nam z nią kojarzy. Zatem oddaje nam zdublowaną energię. To też tajemnica
szybkiego uczenia się przez ludzi tekstów zasłyszanych piosenek, które często
wbrew nam, siedzą nieproszone w głowie. Przez fakt tej swoistej dwoistości, jest
to zdecydowanie prostsze, niż nauka pamięciowa chociażby wiersza czy zakresu
wiedzy w formie suchego tekstu. Nie wiem czy wszystko w kwestii człowiek-muzyka tak dobrze tłumaczyć
nauką i procesami w naszych marnych ciałach. Wolę chyba zawsze dodać ten
nieproszony przez wielu boski oddech czy gwiezdny gwizd.

Człowiek stara się
żyć tak, by nie zwariować, choć przecież od swojego pierwszego przeżytego
pogrzebu, dobrze wie dokąd to wszystko zmierza. Układamy nasze myśli w
odpowiedni sposób, aby nie wybiegać za daleko w przyszłość. Zgadzam się, że
naszym szczęściem jest ochrona danych osobowych przez rządzące nami nienamacalne siły czyli
niewiedza dotycząca przysłówków „jak,
gdzie, kiedy?”. Każdy z nas ma własny balsam, którym nawilża swoje myśli. Moim
jest muzyka. Jest oparciem,
najstarszym wspomnieniem, sensem otwierania oczu w najstraszliwsze dni, myślą
która odpędza wszystkie autodestrukcyjne pomysły, bo przecież już jutro ktoś na
pewno stworzy coś, co dzięki moim uszom ma szansę zaaplikować mi transfuzję zużytej
krwi na słynną Małpią krew dziewicy, a mięśniom nadać winstrolową moc.

Cisza mnie zabija, choć niby
przynosi ukojenie. To bujda, nie tylko w moim przypadku. To co nazywamy
potocznie ciszą, wcale ciszą nie jest. W
laboratoriach w Orfield w USA, amerykańscy naukowcy (moi ulubieni)
przeprowadzili badanie polegające na umieszczeniu w absolutnie wyciszonej
komorze człowieka. Był on w stanie wytrzymać w niej zaledwie 45 minut (rekord
Guinessa w 2004 roku). W takich warunkach, nasze uszy są tak spragnione dźwięków,
że odgłos bicia serca zamienia się w nieznośny
hałas, a zdezorientowany organizm wymusza na człowieku przybranie pozycji
siedzącej.

Moja miłość do muzyki ma
źródło w kupowaniu przeze mnie od najmłodszych lat kaset magnetofonowych i
późniejszego wkładania ich do odtwarzacza najpierw jedno, później dwukieszeniowego,
który był przekaźnikiem zupełnie innej aury niż ta, która otaczała mnie na co dzień.
Każdy uciułany grosz przeznaczany był na
tzw. fundusz kasetowy. Pierwszą taśmą, którą pamiętam był sam Król Michael Jackson z
albumem
Bad (HUZBED?)
http://www.youtube.com/watch?v=dsUXAEzaC3Q&feature=kp .
Potem na pewno pionierskimi kasetami były
Fasolki,
jak i
Steel Wheels Stones’ów, składanka
Popcorn ’93 (tam pierwszy raz usłyszałem rapowanie po polsku
– Spalam się Kazika
http://www.youtube.com/watch?v=ErxGIj0I_c8 )
, Piersi
My już są Amerykany (dostałem od Mamy w
prezencie na
9-te urodziny, polecam
wszystkim utwór
Rodzina Słowem Silna z
tego wydawnictwa
http://www.youtube.com/watch?v=yDIcmNZOlk0&feature=kp ). Następnie wciąż wraz z nowymi dźwiękami mały Kubcio przy biureczku poznawał świat, lubując
się w rytmicznych kawałkach o czymś. I tak mniej więcej w połowie lat 90-tych
odkrył rap, by później dzięki niemu z ochotą zagłębić się w kulturze hiphop.
Jak wiadomo niesie ona zjawisko zwane zajawką czyli nieodpartą chęcią na działanie,
poznawanie, obcowanie z tym, czym się jarasz. Dzięki niej, po jakimś czasie
mogłem pochwalić się taką kolekcją, jak na zdjęciu poniżej (a nawet o minimum kilkanaście
sztuk większą, gdyby każdy znajomek, któremu coś pożyczyłem później mi to oddał, ale
wiadomo jak jest – dobry zwyczaj).
Może nie zapiera dechu w piersiach (nomen omen) i nie trafię z nią do Teleexpresowej Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych, jednak pamiętajcie, że w okresie pomiędzy 1995 a 2003 rokiem (prawdopodobnie ostatnią kasetą, którą nabyłem był Eis - Najlepsze dni wydana właśnie w 2003 roku) w polskim rapie, zwłaszcza na początku tej ery, ukazywało się po kilka, później po kilkanaście pozycji rocznie, z czego już wtedy wiedziałem, że nie każda jest godna sprawdzenia: np. wszystkie te rzeczy z PH Kopalni czyli późniejszego RRXu. Patrząc na fotkę od razu rzuca mi się w oczy brak całej kolekcji Dawaj Mario, nie ma drugiej Niewidzialnej Ręki, Nastukafszy, legendarnej HipHop Produkcji Volta, nawet Kalibra żadnego nie stwierdzam, mimo że miałem wszystkie. Smak BEAT Records tez zaginął. Nie ma też wielu innych pozycji obowiązkowych oldskulowej rodzimej kamasutry. Każda z tych taśm to dla mnie jakaś historia, traktuję je trochę jak czakram, pomimo że nie mam obecnie już możliwości ich odsłuchania, wciąż zajmują miejsce na półce w moim pokoju, będąc już na zawsze częścią mnie. Ukształtowały mnie bardziej od szkoły, podwórka i rad bliskich.Wierzyłem im. Dziś wywołuje to u mnie uśmiech politowania, wtedy spoglądałem na życie z innej ambony.

Nie wiem czy to dobrze czy źle, wiem że nigdy ich nie zapomnę. Czasów przewijania długopisem i dramatów, gdy zostawały wciągane przez magnetofony. Dla dzisiejszego młodego pokolenia to tylko relikt przeszłości, co mnie wcale nie dziwi. Dla mnie to wciąż coś, co wywołuje sentymentalny dreszczyk. Za jakiś czas spróbuję przywołać do każdej z nich swoje pierwsze myśli, anegdotki, ciekawostki. Nie chce Was już zamęczać. Na razie dziękuję Wam za wytrwałość i do zobaczenia w kolejnym odcinku Blogalnego Ocieplenia.
Szukajcie mnie na projektach i w internecie.
Q.