wtorek, 8 kwietnia 2014

Ulica nadaje rytm.

Pamiętasz kiedy jako brzdąc przeskakiwałeś przez łączenia płyt chodnikowych? Już wtedy tańczyłaś i tańczyłeś jak Ci zagrała. Teraz, gdy chodzisz po niej dumny jak paw, omijając niejednokrotnie innego rodzaju pawie i chcąc nie chcąc kontynuując skandynawskie rajdowe tradycje WRC między efektami dobrej pracy psich jelit, wyczuwasz ten zew. Ulice, chodniki, trotuary, place. Wiedz, że to żyły i tętnice miast. Hemoglobina i miejsce, gdzie zostajesz błyskawicznie awansowany na szefa, kierownika, mistrza, kochaniutkiego czy przyjaciela przez tych, którzy należą do grupy etnicznej zwanej poszukiwaczami zaginionych 50 groszy. Przeciskasz się przez tłum, w którym ktoś wciska Ci kolejną ulotkę, na której widnieje kolejny kit. Zaciskasz ją w dłoni i zamieniasz w pocisk ręka – śmietnik. Tereny te są patrolowane przez chłopaków w bialutkich skarpelutkach stworzonych wręcz do swoich balerinowatych najaczy zapinanych na rzepy oraz ich konkurencję czyli smutnych panów uprawiających cruising w swoich radiowozach.

Nie trzeba mieszkać pod schodami, by poznać tajniki magii. Największą skarbnicą wiedzy tajemnej w mieście Byda i Gosta bezsprzecznie jest śródmiejski rewir. Co kilka kroków spotykam prawdziwych rezydentów i specjalistów w swoich profesjach. Numerem 1 jest jak wiadomo żywa reklama Samsonite tylko dla widzów pełnoletnich,  ale tuż za nią jest już mocna grupa pościgowa. Na pewno czuje na swojej walizce oddech wielu innych może mniej znanych, ale bardzo cennych dla miejskiego kolorytu tkanek. Dla kochanków muzyki inspirujący jest także coroczny najazd akordeonistów z południa Europy. Prawdziwa harmonia na nieprawdziwej harmoszce. Zgiełk, piski tramwajów i mamusie krzyczące na swoje pociechy. Bydgoskie Impresje Muzyczne. Forte moi mili! Fortissimo!

Kamienice, którym przywrócono blask kontrastują z tymi, które wyglądają jak zżerane przez nowotwór. Tylko gołębie się w tym wszystkim świetnie odnajdują, po prostu srają na wszystko. Wystarcza im kawałek chleba i skrzydła. Wielkie ludzkie marzenia w małej ptasiej główce. Zaparkowane niezgrabnie samochody niczym mszyce na drzewach zabijają zieleń i prawdziwy wyraz ulic i skwerów. Świetnie widać to na zdjęciach sprzed dziesięcioleci, na których pomimo całej szarości (jeśli mowa o czasach po 1945r.), te same ulice wydają się schludniejsze i bardziej wyraziste niż dziś. Zauważ, ze brak na nich kiści pojazdów, które tak bardzo rozmnożyły się w dobie rozwoju cywilizacji. Nie utyskuję nad tym, taka jest kolej rzeczy. Znakiem czasów jest również zanik klasycznych miejsc z usługami rzemieślniczymi. Zastąpiły je lumpeksy, banki i sklepy w których kupisz wszystko za 5 złotych. Prawie wszystko.

Jednak wciąż można się zachwycić. Ciągle warto rozejrzeć się, podnieść głowę, wyłączyć muzykę w słuchawkach oraz odezwać się do nieznajomego. Chcę wierzyć, że czasem naprawdę warto. Muzyka, sztuka, sport trafia do nas najlepiej, gdy nie przechodzi przez ręce niepotrzebnych pośredników, lecz jest tworzona na żywo dla naocznych świadków zdarzeń, którzy zderzając się z często wielką pasją i kunsztem serwujących im to trotuarowe danie, potrafią docenić coś czego nigdy nie zasmakowali. Jesteśmy głodni doznań i dzięki bezpośredniemu strumieniowi płynących do nas emocji możemy najeść się do syta bez niepotrzebnych nikomu sztućców.

Doceniam.



P.S. Poniżej kilka pierwszych lepszych przykładów, które uniosły moje włosy na przedramionach.

1.Bydgoszczanin Roku 2012 - Bisz wraz ze swoim składem B.O.K. na poznańskim balkonie.



2. Mural honorujący osobę Stanisława Grzesiuka, człowieka, który przeszedł przez życie boso, ale w ostrogach. Polecam sprawdzić jego biografię, jeśli jeszcze jej nie znacie.



3. Mariusz Goli - prawdziwy gitarowy geniusz z Katowic.Zbiera nie tylko do kapelusza, pod filmikiem podaje także nr konta ;)




4. Blu -  artysta ścian, światowy sztukmistrz obrazu. Jego prace możemy podziwiać także m.in. w Warszawie i we Wrocławiu. Zapraszam do zeszytu http://www.blublu.org/, natomiast poniżej jego teoria wielkiego wybuchu.


5. Nie powstrzymasz kolorów. Nawet tam.




Dziękuję Wam za cierpliwość. Bądźcie dobrymi ludźmi. 
Kubcio Blogowy.

niedziela, 9 marca 2014

Kobiety.



Kobiety.

W tym słowie mieści się wszystko. Mieścimy się na jednej planecie. Pieścimy się wzrokiem. Patrzymy w głąb nas. Chcemy żyć. Najczęściej razem. Brać oddech z marzeń. Mieć obiekt do podziwiania, obdarowywania nie tylko najwyższym uczuciem, ale także kabanosem oraz żelmiśkami Haribo.Czując bliskość, zaufanie i wrodzony magnes, nie chcemy być starym billboardem, który ledwo się trzyma ściany, a każdy podmuch wiatru wznieca łopot, który niczym krzyk wpadającego w szczelinę na lodowcu wypełnia przerażeniem każdą komórkę naszych ciał-maszyn. Szukamy alchemicznego utrwalacza. Może brakującym składnikiem jest uśmiech dziecka, a może paproch z pępka Twojego mężczyzny miast precjozów i czerwonych dywanów? Podążamy jeszcze głębiej, zakopując każdy nawet najbardziej zakrwawiony wojenny topór, w imię jednego uśmiechu skierowanego w stronę naszych ust. Jesteśmy wśród samców twardzielami,  każdy chce upolować jak największego zwierza. W grę nie wchodzi strach i kalkulacja. Zgasimy śliną słońce. Potrzebujemy tylko Was.

Nie chcemy kobiety słuchacza, chcemy partnera do rozmów. Do rozwikływania zagadek i wspólnego śpiewania hitów lat ubiegłych. Takiej, z którą koalicja będzie trwała przez wiele kadencji, a kuluary będą płonąć z zazdrości, gdy nasze banalne związkowe zabiegi okażą się najcenniejsza życiową lekcją wzajemnego szacunku. Kiedy dowód osobisty dowiedzie nam, że mamy 70 lat, będziemy wciąż widzieć Ją taką, jaką poznaliśmy. Mózg jest napędem. Bóg jest popędem. Pragniemy rozwijać się przy Was, jak tulipany wołane przez promienie ognistej gwiazdy. Jak każdy. Jesteśmy żołnierzami stworzonymi by Was strzec, a jednocześnie dawać Wam tyle wolności, ile zdołacie schwytać. Pachniecie jak las po burzy, burzycie jak taran każdy kłopot. Bo razem. Bo dwie pary rąk. Jesteście wciąż nieodkryte, może to zamienia nas w chomiki na kołowrotkach? Próbujemy nadążyć za Waszym spojrzeniem, gubiąc swój rozum i poczucie logiki. Jednak to nas napędza. Run rabbit, run! Wszystko to, co tu piszę jest oczywistą oczywistością, banał aż kipi i tworzy kożuch, jednak tak jak wspominałem w prawdziwej miłości to, co wydaje się banalne jest często wspaniałym, prostolinijnym aktem szacunku dla drugiej strony. To zmienia ogląd sytuacji. Świat zewnętrzny przestaje być ważny. Liczymy się tylko MY. Dostojewski powiedział kiedyś, że między kochankami jest coś takiego, o czym całą reszta świata nigdy się nie dowie. Trafione w punkt. Punkt dla Nas.

Kwestii kobiecego czaru nie da się rozwikłać, bo nie takie jest jego przeznaczenie. Sensem jest po prostu tańczyć z szamanką (może niekoniecznie taką, która wyjada mózg partnera łyżeczką, jak w filmie Żuławskiego), taką która okaże się finalnie prawdziwą czarodziejką, której każde zaklęcie zbuduje kolejny stopień ku wieczności. Ku wieczności, której dumnie razem chcemy stawić czoła.

Mężczyźni Wybrani.



niedziela, 23 lutego 2014

Polscy gospodarze programów telewizyjnych nie mają luzu.


W tym tygodniu było bardzo Kijowo, jednak czas już wracać do ocieplania.

Polscy gospodarze programów telewizyjnych nie mają luzu. Uderzyło mnie to ostatnimi czasy, gdy dane mi było ujrzeć coś, co trudno wyobrazić sobie w naszych szklanych pudełkach między Bałtykiem a Tatrami. Sprawcą całego zamieszania jest szalony duet: Jimmy Fallon (komik, aktor, prowadzący codzienny program w NBC "Late Night With Jimmy Fallon”, został też namaszczony na następcę Jaya Leno w legendarnym The Tonight Show”, 17 lutego tego roku już zadebiutował na jego miejscu, sprawdź jego pierwsze chwile https://www.youtube.com/watch?v=eN4kHmhz90U#t=204) oraz bożyszcze nie tylko kobiet i nie tylko mężczyzn, człowiek o którym zapewne wiecie więcej niż on sam - Justin Timberlake!

Za pośrednictwem "Late Night With Jimmy Fallon" owi Panowie świetnie potrafili wykonać założony przez siebie cel. Destynacją jest przecież rozśmieszenie czy też dostarczenie widzowi dostatecznej (celującej) porcji rozrywki (wiadomo na jakim poziomie). Na arenie lwów pokazałbym im zdecydowanie kciuk w górę. Wszystko w moim przypadku zaczęło się przez ich cykl „History of Rap”. Kilka dni temu światło dzienne ujrzało ich najnowsze dzieło czyli 5. część tej zacnej sagi, która mam nadzieję, jeszcze będzie nam trochę w Internetach i w TV towarzyszyć. 

Jimmy & Justin w każdym odcinku biorą na warsztat kilkanaście klasyków (a raczej hitów) świata rapu i nie tylko.Widać, że daje im to okazję do świetnej zabawy, warto zwrócić uwagę na wielką grację oraz profesjonalizm, nie ma mowy o leserce czy grze na popularne „pół gwizdka”. Czasem to aż wydaje mi się, że są lepsi od Młynarskiej i Kingi Rusin razem wziętych, dasz wiarę!? Nad całym przedsięwzięciem od strony muzycznej czuwa niezawodna ekipa The Roots, to chyba wystarczająca gwarancja jakości. Nie będę zatem pisał na czym to polega, po prostu zapraszam jak kiedyś Zygmunt Kałużyński na naprawdę dobry film. EDIT: Oryginalne wideła zniknęły z jutjubka, wrzucam zatem kombinowane.

Część 1.


Część 2.


Część 3.


Część 4.

https://www.youtube.com/watch?v=2r0n8jh0wGk

 Część 5.




Ponadto nie można przegapić przebojowego spojrzenia na ewolucję tańca, prócz niezawodnego Jimmiego gościnnie udzielają się Will Smith oraz sama First Lady Michelle O. Polecam serdecznie, jak to mówią na rejonie - mastłocz! :)



 No i nie przesadzajcie z hasztagami, nie sztuką jest ich używać, sztuka robić to dobrze. 
Sztuka dla sztuki #lesbianporno 




Uśmiechnij się. Jutro poniedziałek.

Q.


niedziela, 16 lutego 2014


Wczorajszy wpis był gorącą kąpielą z tym co minione, dziś pragnę zwrócić Wasz wzrok ku nadchodzącym czasom. Jestem Kuba, klikam sobie teraz palcami w klawiaturę, należę tak jak Ty do gatunku ludzkiego, który samozwańczo nazywa się Panami Świata, co jak wiemy nie do końca jest uzasadnione. Owszem, nasz umysł jest najlepszym (najbardziej kreatywnym) systemem operacyjnym globu, jednak dobrze wiemy, że czasem także i on się zawiesi, może wymagać przeczyszczenia choćby świeżym powietrzem czy otrzymujemy go z fabryczną wadą. Co nam jednak po nim w zderzeniu z siłami natury? Nie chcę przywoływać przykładów wydarzeń, z których migawki do dziś spotykamy w środkach masowego przekazu; z wszelakich niszczycielskich tsunami, trzęsień ziemi czy ogromnych powodzi. Wszystkie te klęski łączy jedna cecha - nie mamy na ich powstanie wpływu. Wyjątek stanowią oczywiście Chińczycy, których Tama Trzech Przełomów wybudowana na rzecze Jangcy, stworzyła ogromny sztuczny akwen, który nie dość że swoim ciężarem spowolnił bieg kuli ziemskiej, a co za tym idzie wydłużyło dobę o całe 0.06 mikrosekundy, to po drugie ciężar wody zwiększa nacisk na płyty tektoniczne, znajdujące się pod tym obszarem, co na pewno nie pozostanie bez wpływu na ich aktywność sejsmiczną w tym rejonie.


Człowiekowi jak pryszcz pod nosem i to na własne życzenie wyrasta kolejny rywal do tytułu bycia lepszym od niego. Chodzi mi o zjawisko określane robotyką. Do niedawna była to dla mnie czysta fantastyka naukowa, której głównymi przedstawicielami był R2D2 czy T-800 i T-1000 znani z filmu Terminator. Jakiś czas temu natknąłem się na video w sieci, które ukazywało efekty długoletnich badań w tej dziedzinie, które przeprowadzają, z jak będziecie mogli się za chwilę przekonać sukcesami, naukowcy z firmy Boston Dynamics..Po jego obejrzeniu zrozumiałem, że otwierają się nowe drogi dla zastosowań zaawansowanych rozwiązań technologicznych. Niestety najbardziej obawiam się, że już za jakiś czas będą one wprowadzane do aktywnych działań wojennych (jak zawsze oczywiście czynionych w imię dobra i sprawiedliwości). Firma z Bostonu oficjalnie współpracuje przecież z amerykańską agencją DARPA (Defense Advanced Research Project Agency), który jest niczym innym niż inkubatorem pomysłów na armię przyszłości. Oficjalnie współpracuje z Pentagonem. Przyznam, że mnie te obrazki przepełniają niepokojem i przeświadczeniem, że jeśli to, co widzimy robi takie wrażenie, to ze strachem myślę o tym, co znajduje się w laboratoriach niedostępne już dla oczu osób postronnych.



Dodatkowe smaczkiem jest fakt niedawnego (grudzień 2013 roku) przejęcia tej firmy przez naszego dobrego znajomego Google'a, który widzi ludzką przyszłość bardzo mocno uzależnioną od robotów. Kupił on poza tym także siedem mniejszych firm zajmujacych się produkcją sztucznych form życia(tylko w 2013!). Celem zapewne będzie monopolizacja rynku. Na czele zespołu ma stanąć Andy Rubin, prawdziwy fanatyk tego typu rozwiązań, wielu z nas ma już jego pomysły w kieszeni, jest on bowiem twórcą systemu Android. Jak widać apetyt rośnie w miarę jedzenia. Poznajcie zatem naszych milusińskich XXI wieku: m.in. Cheetah, WildCat, BigDog. A co u Twojego nowego zioma PETMANa, pogodził się już z automatem do sprzedawania biletów po ich ostatnim spięciu?





Jednak dziś i tak internet wygrał poniższy film. Nie wiem czy to dobry omen odnośnie moich powyższych wypocin. Trzymajcie się Kościsto-Krwiści! Spokojnie, sztucznych uczuć jeszcze nie wynaleziono.

Do następnego!
Q.


sobota, 15 lutego 2014

Trójka z przodu.


Za kilka tygodni wejdę w czwarty stan świadomości czyli stanę się oficjalnym nosicielem wirusa o nazwie trójka z przodu (łac.). Niebywałe jak ta granica wpływa na moje postrzeganie rzeczywistości.
Jest także niejakim preegzaminem wewnętrznym mojej osoby względem mnie. Czy pamiętasz swoje najbardziej odległe wspomnienie? Wizję, którą masz na samym dnie szuflady z reminiscencjami w głowie? Przez wiele lat miałem przed oczami obraz, gdy siedzę u dziadka na kolanach przy stole we własnym domu, jednak jakiś czas temu skonfrontowałem tę wizję z moją Mamą, która zaprzeczyła aby było to możliwe, gdyż dziadek nie miał już okazji być w naszym  mieszkaniu, ze względu na powołanie, tuż przed naszym wprowadzeniem się tam, do niebiańskiej służby. Po tym trudno mi wskazać jakieś wydarzenie, które nie ma już godnego rywala, jeśli chodzi o jak najbardziej odległą datę świadomej bytności. Pamiętam jednak wiele bardzo zamierzchłych myśli, w których byłem ja oraz muzyka. 


Mama wspomina jak bardzo lubiłem śpiewać i recytować wierszyki, gdy miałem kilka latek. I przyznam, że także mój umysł nie przykrył tych chwil gruzami przebytych dni.  Melorecytacje i pokazy wokalne na klatce schodowej w czasie codziennych wyjść do przedszkola o godz. 6 rano, to chyba podstawa mojej świadomości. Zresztą muzyka oddziałuje na nas tak silnie z powodu aktywności obu półkul mózgowych podczas obcowania z nią. Jedna z nich odpowiada za odbiór muzyki, druga zajmuję się warstwą liryczną czy też tym, co się nam z nią kojarzy. Zatem oddaje nam zdublowaną energię. To też tajemnica szybkiego uczenia się przez ludzi tekstów zasłyszanych piosenek, które często wbrew nam, siedzą nieproszone w głowie. Przez fakt tej swoistej dwoistości, jest to zdecydowanie prostsze, niż nauka pamięciowa chociażby wiersza czy zakresu wiedzy w formie suchego tekstu. Nie wiem czy wszystko w kwestii człowiek-muzyka tak dobrze tłumaczyć nauką i procesami w naszych marnych ciałach. Wolę chyba zawsze dodać ten nieproszony przez wielu boski oddech czy gwiezdny gwizd. 



Człowiek stara się żyć tak, by nie zwariować, choć przecież od swojego pierwszego przeżytego pogrzebu, dobrze wie dokąd to wszystko zmierza. Układamy nasze myśli w odpowiedni sposób, aby nie wybiegać za daleko w przyszłość. Zgadzam się, że naszym szczęściem jest ochrona danych osobowych przez rządzące nami nienamacalne siły czyli niewiedza dotycząca przysłówków „jak, gdzie, kiedy?”. Każdy z nas ma własny balsam, którym nawilża swoje myśli. Moim jest muzyka. Jest oparciem, najstarszym wspomnieniem, sensem otwierania oczu w najstraszliwsze dni, myślą która odpędza wszystkie autodestrukcyjne pomysły, bo przecież już jutro ktoś na pewno stworzy coś, co dzięki moim uszom ma szansę zaaplikować mi transfuzję zużytej krwi na słynną Małpią krew dziewicy, a mięśniom nadać winstrolową moc. 



Cisza mnie zabija, choć niby przynosi ukojenie. To bujda, nie tylko w moim przypadku. To co nazywamy potocznie ciszą, wcale ciszą nie jest. W laboratoriach w Orfield w USA, amerykańscy naukowcy (moi ulubieni) przeprowadzili badanie polegające na umieszczeniu w absolutnie wyciszonej komorze człowieka. Był on w stanie wytrzymać w niej zaledwie 45 minut (rekord Guinessa w 2004 roku). W takich warunkach, nasze uszy są tak spragnione dźwięków, że odgłos bicia serca zamienia się w nieznośny hałas, a zdezorientowany organizm wymusza na człowieku przybranie pozycji siedzącej. 

Moja miłość do muzyki ma źródło w kupowaniu przeze mnie od najmłodszych lat kaset magnetofonowych i późniejszego wkładania ich do odtwarzacza najpierw jedno, później dwukieszeniowego, który był przekaźnikiem zupełnie innej aury niż ta, która otaczała mnie na co dzień. Każdy uciułany grosz przeznaczany był na tzw. fundusz kasetowy. Pierwszą taśmą, którą pamiętam był sam Król Michael Jackson z albumem Bad (HUZBED?) http://www.youtube.com/watch?v=dsUXAEzaC3Q&feature=kp . Potem na pewno pionierskimi kasetami były Fasolki,  jak i Steel Wheels Stones’ów, składanka Popcorn ’93 (tam pierwszy raz usłyszałem rapowanie po polsku – Spalam się Kazika http://www.youtube.com/watch?v=ErxGIj0I_c8 ), Piersi My już są Amerykany (dostałem od Mamy w prezencie na 9-te urodziny, polecam wszystkim utwór Rodzina Słowem Silna z tego wydawnictwa http://www.youtube.com/watch?v=yDIcmNZOlk0&feature=kp ). Następnie wciąż wraz z nowymi dźwiękami mały Kubcio przy biureczku poznawał świat, lubując się w rytmicznych kawałkach o czymś. I tak mniej więcej w połowie lat 90-tych odkrył rap, by później dzięki niemu z ochotą zagłębić się w kulturze hiphop. Jak wiadomo niesie ona zjawisko zwane zajawką czyli nieodpartą chęcią na działanie, poznawanie, obcowanie z tym, czym się jarasz. Dzięki niej, po jakimś czasie mogłem pochwalić się taką kolekcją, jak na zdjęciu poniżej (a nawet o minimum kilkanaście sztuk większą, gdyby każdy znajomek, któremu coś pożyczyłem później mi to oddał, ale wiadomo jak jest – dobry zwyczaj).



Może nie zapiera dechu w piersiach (nomen omen) i nie trafię z nią do Teleexpresowej Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych, jednak pamiętajcie, że w okresie pomiędzy 1995 a 2003 rokiem (prawdopodobnie ostatnią kasetą, którą nabyłem był Eis - Najlepsze dni wydana właśnie w 2003 roku) w polskim rapie, zwłaszcza na początku tej ery, ukazywało się po kilka, później po kilkanaście pozycji rocznie, z czego już wtedy wiedziałem, że nie każda jest godna sprawdzenia: np. wszystkie te rzeczy z PH Kopalni czyli późniejszego RRXu. Patrząc na fotkę od razu rzuca mi się w oczy brak całej kolekcji Dawaj Mario, nie ma drugiej Niewidzialnej Ręki, Nastukafszy, legendarnej HipHop Produkcji Volta, nawet Kalibra żadnego nie stwierdzam, mimo że miałem wszystkie. Smak BEAT Records tez zaginął. Nie ma też wielu innych pozycji obowiązkowych oldskulowej rodzimej kamasutry. Każda z tych taśm to dla mnie jakaś historia, traktuję je trochę jak czakram, pomimo że nie mam obecnie już możliwości ich odsłuchania, wciąż zajmują miejsce na półce w moim pokoju, będąc już na zawsze częścią mnie. Ukształtowały mnie bardziej od szkoły, podwórka i rad bliskich.Wierzyłem im. Dziś wywołuje to u mnie uśmiech politowania, wtedy spoglądałem na życie z innej ambony.



Nie wiem czy to dobrze czy źle, wiem że nigdy ich nie zapomnę. Czasów przewijania długopisem i dramatów, gdy zostawały wciągane przez magnetofony. Dla dzisiejszego młodego pokolenia to tylko relikt przeszłości, co mnie wcale nie dziwi. Dla mnie to wciąż coś, co wywołuje sentymentalny dreszczyk. Za jakiś czas spróbuję przywołać do każdej z nich swoje pierwsze myśli, anegdotki, ciekawostki. Nie chce Was już zamęczać. Na razie dziękuję Wam za wytrwałość i do zobaczenia w kolejnym odcinku Blogalnego Ocieplenia. 


Szukajcie mnie na projektach i w internecie. 
Q.